17 lipca 2013

CHAPTER 1

Day: 13th of August
Year: 1863
Place: Blue Stream


Ubrałam się w strój, który sama uszyłam i wybiegłam z domu w rześkie ranne powietrze. Przed domem pachniało najróżniejszymi rodzajami kwiatów, a po części też jabłkami, które mój Brat uparcie hodował. Mieszkałam z nim w domu odziedziczonym po rodzicach, którzy zginęli gdy miał osiemnaście lat. Nie mam pojęcia co im się stało. Babcia, która opiekowała się nami i zmarła dwa lata po Rodzicach nie chciała nic mówić. Spędzałam wtedy wakacje u kuzynek w Dallas.
Zdecydowanie wolałam Blue Stream niż jakieś tam dziwne miasteczka tego typu, ale kuzynki bały się tu przyjeżdżać. Może dlatego, że naczytały się bajeczek o tym miejscu. Właściwie niewielu wiedziało skąd one się wzięły, bo większość wiodła tu spokojne życie. Każdy każdego znał, co miało swoje plusy - na przyjęciach nikomu się nie nudziło - i minusy - plotki rozchodziły się szybciej niż rozmnażają się szczury.

W miasteczku miałam dość ciekawy wizerunek. Nie byłam taka jak te wszystkie paniusie w sukieneczkach - chodziłam we własnoręcznie uszytych spodniach i bluzkach, a wysokie, skórzane buty załatwiał mi Brat. Oprócz ubioru, różniłam się także zachowaniem. Nie zaliczałam każdego przyjęcia, nie szukałam kandydata na męża i nie bałam się ciężkiej pracy, choć jeśli nie była konieczna, to raczej się jej nie podejmowałam. Poza tym ludzie żartobliwie nazywali mnie córką diabłów albo demonów.
Może przez moje zachowanie - tak, przyznaję się, zdarzało mi się kraść owoce z sadów albo zwijać scyzoryki z różnych miejsc, ale nikt mnie za to nie winił. W końcu byłam tylko dziewczynką bez rodziców. Nie ukrywam, że często mnie to wkurzało. Bo w końcu byłam bezkarna. Chciałam choć raz zobaczyć jak to jest być ukaranym za coś co się zrobiło. Jednak jedynymi karami w moim życiu były ostrzeżenia Brata. Chociaż szczerze to nigdy nie zapomnę jednej kary, której nigdy nie wymieniam i staram się o niej zapomnieć. Została zadana zaraz po zachorowaniu mojej Babci przez samego kochanego pana burmistrza i jeśli miałabym być tak karana bez przerwy to pewnie z tej niereformowalnej dziewczyny zrobiono by ze mnie potulnego baranka....
A może to przez wygląd? Moje włosy były wiśniowo czerwone i wiły się niczym sprężynki, sięgając połowy pleców. Dlatego ludzie żartowali, że są jak ogień, którego barwy nikt przedtem nie widział. Choć ja w sumie ich nie rozumiałam, bo demony raczej kojarzą się z czarnymi barwami. Przecież podobno mają czarne oczy. A moje były błękitne niczym niebo w pogodny, letni dzień jak to ktoś kiedyś powiedział. Ale o tym potem....
Przekroczyłam czarną, żelazną bramkę i skierowałam się w stronę domu Demi. Szłam brązową ścieżką, która w świetle wschodzącego słońca przypominała odcień bursztynu. Do miejsca zamieszkania przyjaciółki nie miałam daleko, więc wkrótce dotarłam do tylnej części posesji jej rodzinnego domu. Pokój Demi znajdował się na pierwszym piętrze, więc jak zwykle musiałam jakoś zawiadomić przyjaciółkę, że stoję pod jej oknem. W krzakach pod ścianą budynku ukryta była sterta lekkich, jakby pustych w środku kamieni, których właśnie do tego używałam. Podniosłam jeden z nich i rzuciłam w okno pokoju Dee. Musiałam poczekać kilka minut zanim przez okno wyjrzała głowa z burzą rozczochranych blond włosów.
  -Czego chcesz? - zapytała zaspanym głosem.
  -Nie mów, że dopiero wstałaś z łóżka.
  -Jest 4 nad ranem, Słońce ledwo wzeszło i jest jeszcze ciemno a Ty chcesz, żebym całkowicie rozbudzona zeskoczyła do Ciebie z okna? - spytała ponownie, gładząc ręką blond grzywkę.
  -Dokładnie. No już, pospiesz się. Czekam tutaj - zawołałam.
  Odeszłam spod okna i ruszyłam wzdłuż ściany ku przedniej części domu. Oparłam się o płotek ogradzający ganek. Nie musiałam długo czekać na Demi, która wypadła z domu, wpadając na donice, która stała przy schodach, przewracając ją. Narobiła przy tym niezłego hałasu, ale na szczęście Mike - biały, futrzasty pies Demi - nie zaczął szczekać, tylko przybiegł do właścicielki i zaczął obwąchiwać ziemię, która wysypała się z doniczki. Dee szybko posprzątała i zbiegła po schodkach z ganku. Miała na sobie spodnie i długą tunikę, a blond włosy zaplotła w warkocz.
  -Dlaczego zawsze przewracasz tę cholerną donicę? - zapytałam, ledwo powstrzymując śmiech.
  -A Ty z czego się śmiejesz? Wyrwałaś mnie z łóżka, jak miałam w nią nie wpadać? - odparła.
  -Jeśli obudziłaś Twoich rodziców, a oni znów będą wściekli, że się wymykamy.... - nie dokończyłam, bo przerwała mi mama Dems, krzycząca jej imię z wnętrza domu.

   - Za późno. Co robimy?
   -W sumie już i tak bez różnicy, więc.... - obydwie kiwnęłyśmy głowami i puściłyśmy się biegiem w stronę drogi. Przebiegłyśmy tuż przed przejeżdżającym powozem, konie wystraszone zerwały się woźnicy, a ten rozwścieczony zaczął krzyczeć, byśmy się zatrzymały. Ale my biegłyśmy dalej do pobliskiego lasu. Wbiegłyśmy pomiędzy drzewa i już wolniej skierowałyśmy się na wschód ku pobliskiej polance.
  Gdy byłyśmy już blisko, usłyszałyśmy jakieś śmiechy. Podeszłyśmy w tamtą stronę najciszej jak mogłyśmy i zobaczyłyśmy grupkę dzieci. Była ich czwórka, 2chłopców i 2dziewczynki, w tym wredna mała siostra Anabelle, która odziedziczyła po niej swój charakterek. Koło nóg jednego z chłopców znajdowała się nieduża sterta kamieni. Chyba w coś rzucali, ale zasłaniali nam swój cel. Cicho przeniosłam się w wyższe krzaki bardziej na prawo. Zobaczyłam jakiś gruby patyk wbity w ziemię. Na początku nie zorientowałam się dlaczego rzucają w patyk, dopóki Demi, która bezszelestnie znalazła się obok mnie, nie zapytała:
  -Czy to wiewiórka?
  Przyjrzałam się i faktycznie, na patyku zwisała brązowa wiewiórka, która idealnie stapiała się z jego kolorem. Była dosłownie powieszona. Za ogon. Nie wytrzymałam. To, że Anabelle była wredna, to wiedziałam, choć ona była raczej z tych, które lubią się stroić i wywyższać. Ale żeby jej siostra i takie coś? Wbiłam paznokcie w dłonie, wściekła na dzieciaki. Rozejrzałam się po ziemi i podniosłam jeden z kamieni. Zanim Demi mnie powstrzymała, wstałam i rzuciłam nim w jednego z dzieciaków. Ten odwrócił się, a ja weszłam na polankę.
  -Co robicie? - spytałam, udając miłą.
  -Nie Twoja sprawa - odparł mały blondynek, stojący po lewej.
  Doskoczyłam do niego, a z mojej twarzy zniknął fałszywy uśmiech. Złapałam go za koszulę z tyłu.
  -Co powiedziałeś? - syknęłam.
  -Puść go! - wrzasnęła siostra Anabelle.
  Puściłam chłopaka i doskoczyłam do niej. Blondynek podniósł jakiś kij i zamachnął się, ale Demi go powstrzymała. Wykręciła mu ręce i stanęła tak, zerkając na mnie. Ja złapałam siostrę Anabelle za ramię i wysyczałam:
  -Tina, powiedz mi tylko co złego ta wiewiórka Ci zrobiła, że tak bardzo chciałabyś wyrządzić jej krzywdę?
  -Nic mi nie zrobiła - odparła cicho. - Lubię sprawiać sobie przyjemność, a to tak świetnie wygląda, gdy zostanie trafiona - dodała z błyskiem w oku.
  -Hmm, wiesz, ja też lubię tego typu zabawy. Słyszałaś o czymś takim jak nóż? Więc jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, to on szybciutko wyląduje na Twojej szyi - wyszeptałam, uśmiechając się złośliwie. Zobaczyłam w jej oczach błysk przerażenia. Szarpnęła ręką, próbując się wyrwać, ale mocno trzymałam.
  -Nic mi nie zrobisz. Moja siostra....
  -Twoja siostrunia może jedynie ubrać swoją sukieneczkę i siąść na werandzie, w obawie przed pobrudzeniem się. Pomyśl, ludzie mnie tu znają, wiedzą że nie kłamię. A dzieci lubią zmyślać. Jak myślisz złotko, komu uwierzą?
  Dolna warga Tiny zaczęła drżeć, a chłopczyk i dziewczynka, którzy wszystkiemu się przyglądali, zdążyli uciec. Demi wciąż trzymała tego blondynka.
  -Rozumiemy się? - spytałam.
  Prawie niezauważalnie kiwnęła głową, więc ją puściłam. To samo Demi zrobiła z chłopczykiem. Obydwoje uciekli w stronę ścieżki leśnej, po drodze posyłając nam przerażone spojrzenia. Gdy całkowicie zniknęli nam z oczu, spojrzałam na Dee. Natychmiast wybuchnęłyśmy śmiechem.
  -Nie za ostro tym razem? Wyglądałaś jakbyś za chwilę miała wyciągnąć nóż i poderżnąć jej gardło - wykrztusiła.
  Rozbawiło mnie to co powiedziała. Może i pogroziłam właśnie dwóm małym dzieciakom, a kolejną dwójkę nieźle wystraszyłam, ale nikt z mojej ręki nie zginął. Nie zabiłam ani zwierzęcia ani człowieka, poza tym nie byłam mordercą. To że wyglądałam jakbym miała wyskoczyć z nożem zza krzaka, zabić i uciec, nie pozostawiając po sobie śladu, było tylko i wyłącznie spowodowane wściekłością. W końcu czwórka dzieciaków rzucała kamieniami w wiewiórkę. A w dodatku jakoś ją złapali i przywiązali do tego patyka, no bo przecież sama się tam nie powiesiła.
  -Hey, przecież wiesz, że nie jestem mordercą. Mimo to mam zamiar z tym pójść do burmistrza - zaśmiałam się i przypomniałam sobie o zwierzaku.
  Podeszłam do wystającego z ziemi kikuta i odwiązałam futrzaka. Na szczęście nie był bardzo poraniony, a ogon pozostał nienaruszony. Wiewiórka zeskoczyła na ziemię i na chwilę przystanęła przede mną, jakby chciała mi podziękować, a potem uciekła na drzewo.
  Już miałyśmy ruszyć dalej w naszą wyprawę, gdy usłyszałyśmy takie słowa:
  -Nie za ostro trochę?
  Wypowiedział je ten lekko zachrypnięty głos, którego wtedy miałam tak strasznie dość. Wkurzałam się za każdym razem, gdy go słyszałam, bo miałam wrażenie jakby mnie śledził. Jak się okazało, jego właściciel miał w tym 'śledzeniu' cel...
  -Znowu Ty? Nie masz innych zajęć? - wycedziłam i ruszyłam w kierunku naszej ulubionej polany.
  -Cześć Ross. - Dems pomachała mu i ruszyła za mną.
  Ross najwyraźniej nie miał zamiaru dać za wygraną, bo ruszył za nami co jakiś czas coś mówiąc. Kilka razy Demi nawiązywała z nim rozmowę, ale mierzyłam ją wzrokiem. Posłała mi tylko wściekłe spojrzenie, ale więcej się nie odezwała. Po jakimś czasie sam Ross też umilkł, bo najwyraźniej zrozumiał, że nikt nie ma zamiaru mu odpowiedzieć.
  Nie próbowałyśmy go zgubić, raczej ignorować. Choć widziałam, że Demi ledwo powstrzymywała się przed odezwaniem się. Należała raczej do ludzi, którzy lubią rozmawiać i czują się lepiej w towarzystwie. Nie mówię, że byłam samotnikiem, ale jeśli chodziło o chłopaka, który za nami szedł, byłam wyjątkowo źle nastawiona. Dlaczego? Bo bez przerwy za mną łaził i nie dawał mi spokoju. Przez jakiś czas to znosiłam, bo miałam nadzieję, że się odczepi, ale chyba nie przyszło mu to nawet do głowy. A w dodatku od jakiegoś czasu Demi zaczęła mnie przekonywać, żebym z nim pogadała i wyjaśniła o co mu chodzi. No way!
  Na jednej z dwóch polanek skręciłyśmy w lewo i odbiłyśmy na południe. Dee posłała mi zdziwione spojrzenie, ale po prostu pociągnęłam ją za sobą. Nie było mowy, żebyśmy poszły na naszą polankę razem z kimś, kto wcale się nie zawaha i pójdzie za nami. Doszłyśmy do stajni na tyłach mojego domu, więc myślałam, że Ross się odczepi, ale o dziwo poszedł za nami.
  Weszłyśmy do środka. Do moich nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach, który tak uwielbiałam. Tą szopę zbudował mój Tata, zanim się urodziłam. Mieszkały w niej 4konie, którymi zajmowałam się głównie ja, bo mój Brat nie zawsze miał czas na wszystkie cztery, dlatego najczęściej zajmował się tylko swoim białym ogierem, którego nazwał Snowflake. Jedna z klaczy należała do mnie. Była czarna jak smoła i nazwałam ją Shadow, gdy miałam jeszcze 10lat. Pozostałe dwa właściwie nie miały właściciela, ale, jak wcześniej wspomniałam, zajmowałam się nimi ja.
  Weszłam do boksu Shadow i pogłaskałam ją po grzywie. Parsknęła i machnęła ogonem. Gdy ją siodłałam, spojrzałam w stronę drzwi. Stał w nich Ross i przyglądał się temu, co robię.
  -Dlaczego tu tak stoisz? - spytałam.
  -Właściwie to....
  -Właściwie to powinieneś sobie iść - powiedziałam, wyprowadzając klacz z boksu.
  Odwróciłam się do Demi i zobaczyłam, że zbliżyła się do boksu Queen, brązowej klaczy, która kiedyś należała do mojej Mamy. Była dość... płochliwa i nikt oprócz mnie nie mógł się do niej zbliżyć.
  -Lepiej weź Devila. Ona.... - nie zdążyłam dokończyć bo Queen prychnęła i wierzgnęła nogami, a Dee przestraszyła się i wylądowała na sianie pod przeciwległą ścianą szopy. Usłyszałam cichy chichot Ross'a, więc ponownie odwróciłam się w jego stronę.
  -Nie powinieneś być gdzie indziej? Na przykład z Twoim ojcem, żeby pomóc mu policzyć majątek. Sam sobie chyba nie poradzi - wycedziłam.
  -Jane.. Nie zachowuj się tak jakbyś zazdrościła mu tego, że jest bogaty - wysapała Demi, próbując stanąć na nogi.
  -Żeby się tak zachowywać, najpierw sama musiałabym być biedna. Także wyrażę się najjaśniej i najmilej jak potrafię. Nie potrzebujemy pomocy z ośrodka dla biednych i potrzebujących, bo takich tu nie znajdziesz - odwróciłam się, żeby pomóc Dee.
  -Lepiej, żebyś jej posłuchał i sobie poszedł - powiedziała.
 -A jeśli n.... - zaczął, ale przerwałam mu.
 -Nie chcesz się przekonać - warknęłam, zaciskając dłonie w pięści.
  W tej samej chwili poczułam na całym ciele to samo gorąco i już wiedziałam, że coś się stanie. I nie pomyliłam się. Zamknięte skrzydło drzwi otworzyło się i ponownie zamknęło, a siano w pustym boksie wzleciało w powietrze. Ross cofnął się, a na twarzy miał wymalowane zdziwienie. Chwilę potem już go nie było.
  -Efektowne - mruknęła Dee i wyprowadziła konia z boksu.

  Było już późno po południu, gdy razem z blond przyjaciółką wracałam z przejażdżki do pobliskiego miasteczka. Prowadziłyśmy konie jedną z głównych ulic Blue Stream. Demi prawie nie odezwała się do mnie od poranka w stajni. Byłyśmy zbyt zajęte, żebym mogła ją zapytać o powód milczenia, więc zrobiłam to dopiero wtedy.

  -Demi, co jest?
  -Nic. No może poza tym Twoim pokazem - mruknęła, a w jej głosie dało się wyczuć wściekłość.
  -Jakim pokazem? Chodzi Ci o to w....
  -Nie udawaj! Wszyscy wiemy, że go nie lubisz ale nie musiałaś go tak straszyć! - podniosła głos.
  Szczerze mówiąc, nie wiedziałam o co jej chodziło. Dobrze wiedziała, że nie potrafię tego kontrolować. Cokolwiek to było.
  -Daj spokój, przecież wiesz, że nie wiem co to. A tym bardziej nie potrafię tego kontrolować - odparowałam.
  -W takim razie odezwij się jak to opanujesz - rzuciła i zostawiła mnie z końmi na środku ulicy.
Odstawiłam zwierzaki do boksów i wróciłam do domu. Mojego Brata już nie było, bo miał pomóc przygotować salę na zebranie Rady Założycieli. Taką Radą nazywaliśmy przedstawicieli najważniejszych rodów, których przodkowie rzekomo osiedlili się w Blue Stream i rozbudowali miasto. Aktualnie Rada składała się z Marka Lynch - ojca Ross'a - oraz tych mądrzejszych i mniej zaślepionych kasą. Gdyby moi Rodzice żyli, także należeli by do tej bandy nieudaczników. Może wtedy nie byłaby to banda nieudaczników? Wiem, że gdybym chciała, po ukończeniu 20lat sama mogłabym się w to bawić. Mój Brat z dumą zajął swoje stanowisko, gdy stuknęła mu dwudziestka.
  Tego popołudnia nie miałam nic do roboty, więc postanowiłam wybrać się do miejsca spotkań Rady. Był to nieduży, kamienny budynek usytuowany na skraju lasu przy głównej drodze. Po jej drugiej stronie znajdował się dom burmistrza. Nie było to jakoś strasznie daleko, więc stwierdziłam, że pójdę tam pieszo, bo w sumie i tak odstawiłam konie do boksów.
  Po drodze zdałam sobie sprawę, że miałam powiedzieć o dzieciakach burmistrzowi. Znając życie i tak niewiele by z tym zrobił. Mimo to postanowiłam donieść i nie miałam zamiaru z tego rezygnować, gdyż znów wezbrała we mnie wściekłość.
  Wpadłam do budynku i omiotłam wzrokiem pomieszczenie. Pod ścianą naprzeciwko drzwi stał długi stół i kilka starych foteli. Część krzeseł była już rozstawiona, a reszta stała w rogu sali.
  Wraz z moim nagłym wejściem kilkanaście par oczu zwróciło się na mnie. Demi i mój Brat Tom ustawiali krzesła, a doradcy burmistrza i kilkoro członków Rady krzątało się po pomieszczeniu. Ross po zdarzeniu w szopie zdawał się dobrze trzymać i układał jakieś książki na regałach znajdujących się na lewo od drzwi. Ale cel mojej wizyty był usytuowany na drugim końcu pomieszczenia. Burmistrz Lynch i jego żona siedzieli za długim stołem, popijając kawę i dyskutując nad czymś.
  Cóż, od dawna nie dbałam o dobre maniery. Przeszkodzenie im nie było wielką zbrodnią, pewnie i tak nie dyskutowali o niczym pożytecznym czy mądrym. Ruszyłam przez pomieszczenie i zatrzymałam się dopiero przed stołem. Odchrząknęłam i państwo Lynch natychmiast ucichli. Uznałam to za udzielenie głosu, nawet jeśli ich milczenie tym nie było.
  -Witam panie burmistrzu. Otóż, mam dla pana pewną informację.... - zaczęłam, ale burmistrz uniósł rękę, przerywając mi.
  -Zdaję mi się, że wiem o co chodzi panno Moore. Panna Lovato dała mi znać o Waszej przygodzie w lesie. - Po tych słowach umilkł i zaczął się we mnie wpatrywać. Czekałam aż coś powie, ale on tylko patrzył, więc postanowiłam przerwać milczenie.
  -I co zamierza pan z tym zrobić?
  -Obawiam się, że nie możemy karać nieletnich, szczególnie dzieci, ale przekażę tę informację.... - nie skończył, bo weszłam mu w słowo.
  -Przepraszam, dobrze słyszę? Nie karzemy nieletnich? Panu się wydaje, że nie pamiętam sytuacji sprzed paru lat? - wycedziłam, nachylając się do przodu i opierając o stół.
  Już wiedziałam, że nie zrobił dobrze mówiąc o niekaraniu nieletnich, bo znów poczułam na ciele to samo gorąco, jednak tym razem nieco mniej intensywne. Burmistrz podniósł rękę, by poprawić okulary. Zmarszczył brwi i już miał odstawiać filiżankę, lecz ta pękła i rozsypała się na kawałeczki, a kawa obryzgała notatki leżące na stole. Z ust burmistrza i jego żony wyrwał się zduszony okrzyk, a na ich twarzach przerażenie mieszało się ze zdziwieniem.
  Jeszcze przez moment wpatrywałam się w mężczyznę, a potem wyprostowałam się i wymaszerowałam z budynku.
  Byłam już prawie na skraju lasu, gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi i czyjeś kroki. Następnie rozległ się ten zachrypnięty głos, wołający moje imię, ale nie zatrzymałam się. Mimo to po chwili drogę zastąpił mi nie kto inny, a Ross Lynch we własnej osobie. Nie czekał na jakąś reakcję z mojej strony, tylko od razu zadał pytanie, które cisnęło mu się na usta.
  -O jakiej sytuacji sprzed paru lat mówiłaś?
  -Zapytaj swojego tatusia. Będzie zachwycony, mogąc pochwalić się swoim wyczynem - wycedziłam.
  -Ale on nie chce mi powiedzieć.
  -Oh, czyli jednak nie jest z tego taki dumny? - zakpiłam.
  Obiecałam sobie, że pan burmistrz i jego tatuś zapłacą za to, co zrobili. Jeśli żaden z nich nie pochwalił się swojemu potomkowi, to na pewno nie ja mu o tym powiem. Swoją drogą to dziwne, że nic nie wie, bo w miasteczku było o tym dość głośno.
  Próbowałam wyminąć chłopaka, ale on złapał mnie za prawe ramię. Poczułam przez materiał bluzki, że dotknął blizny, która nie powstałaby bez inicjatywy jego tatusia.
  -O co chodzi? - Ross uparcie próbował zwrócić moją uwagę, ale uparcie wpatrywałam się w las.
  -Przykro mi, ale jeśli Twój tatuś nie chce się tym chwalić, to ja tym bardziej - powiedziałam, wyrywając ramię z jego uścisku.
  Wyminęłam go i ruszyłam w kierunku lasu.

***
   Całe popołudnie spędziłam na schodkach prowadzących na ganek mojego domu. Mój Brat pojawił się tylko na chwilę, by zapytać o co chodziło z przygodą w lesie. Nie krzyczał ani nie próbował mnie karać. Po pierwsze był w tym kiepski, a po drugie wiedział, że jestem niereformowalna. Pokręcił tylko głową i ruszył z powrotem do miejsca spotkań. Tak więc widzicie, że nie za bardzo miałam kogoś, kto mógłby mnie wychować.
  Miałam plan, by po spotkaniu złapać Demi i pogadać z nią, ale nie wiedziałam czy go zrealizować, bo zdawałam sobie sprawę, że moja akcja z filiżanką wcale nie polepszyła sprawy. W dodatku musiała widzieć przez okno jak rozmawiałam z Ross'em na skraju lasu. Mimo to nie wierzyłam, że będzie się na mnie wściekała całe życie. Może już czas, żeby zainteresować się tym co się wokół mnie działo?
  Przerwałam moje rozmyślania na temat Demi i dziwnych rzeczy mających miejsce w otoczeniu i weszłam do domu, by zerknąć na zegarek. Była 17:55. Nie zdawałam sobie sprawy, że już tak późno. Spóźnienie na spotkanie i kolejne wielkie wejście raczej pogorszyłyby sprawę, mimo to zdecydowałam się na spokojny spacerek główną drogą.
  Tak jak myślałam, gdy dotarłam pod budynek, drzwi były już zamknięte i nie stał w nich żaden z członków Rady, witający gości. Stwierdziłam, że nie będę robić wokół siebie jeszcze więcej szumu, tak więc cicho wemknęłam się do sali. Jedynie mój Brat i Ross zwrócili na mnie uwagę. Jeny, jaki ten chłopak był wkurzający.
  Usiadłam w tylnym rzędzie obok regałów i zaczęłam czytać tytuły książek. Przejechałam dłonią po kilku opasłych tomach i już miałam wybrać któryś z nich, gdy słowa burmistrza kompletnie odwiodły mnie od wykonania tej czynności. Normalnie go nie słuchałam, ale to mogła być dobra okazja do złapania na niego jakiegoś haka.
  -Dzisiejszą najważniejszą sprawą jest nasza społeczność, a właściwie brak jej samokontroli. Wielu z nas daje się ponieść emocjom i nie kontrolujemy naszych żyć. Wraz z taką utratą kontroli przez nas, tracą na tym nasi bliscy i dalej reakcją łańcuchową wszyscy mieszkańcy miasta.
  O ironio i kto tu mówił o kontroli czy o jej traceniu. W jednej chwili moje postanowienie poszło się paść i stwierdziłam, że chyba jednak trochę szumu nie zaszkodzi. Wstałam i tym samym uciszyłam burmistrza, a na jego twarzy wymalowało się zdziwienie.
  -Przepraszam, że przerywam, ale czy ma pan na myśli sytuację w lesie, której świadkiem byłam wraz z moją przyjaciółką Demetrią Lovato? - zapytałam ironicznie.
  -Co ma pani na myśli, panno Moore?
  -Czy ktokolwiek z tu obecnych został poinformowany o dzisiejszych wydarzeniach? - spytałam, zwracając się do zebranych.
  Rozległy się szepty, z których większość wskazywała na to, że nikt nie wie o co chodzi. Zerknęłam na Tommy'ego, który kręcił głową, ale poznałam ten błysk w jego oku, co nakręciło mnie do dalszego działania.
  -Otóż wybrałam się do lasu z moją przyjaciółką. Spacerowałyśmy sobie, dopóki nie usłyszałyśmy hałasu. Zawędrowałyśmy na polankę, z której ów hałas dobiegał i co zobaczyłyśmy? Czwórkę dzieci. Brzmi normalnie prawda? Gdyby nie to, że te oto dzieciaki jakimś cudem złapały wiewiórkę, przywiązały ją do drzewa i rzucały w nią kamieniami. - Kilkoro zebranych westchnęło, z ust pozostałych wyrwały się zduszone okrzyki, ale zawzięcie kontynuowałam. - Dodatkowo jeden z chłopców trzymał drewniany szpikulec, a drugi bawił się scyzorykiem. Niestety znam tylko jedno z tych dzieci i uwierzcie mi, że z chęcią dowiedziałabym się jak nazywa się reszta. Ale póki co skupmy się na tym, które udało mi się rozpoznać, czyli na Tinie Finnick. Teraz może pan kontynuować, panie burmistrzu. - Tymi słowami zakończyłam swój monolog i z powrotem usiadłam.
  Mieszkańcy nie wiedzieli czy mają coś powiedzieć. Jedni z nich patrzyli na zdezorientowanego burmistrza, drudzy wlepili swoje spojrzenia we mnie.
  -To absurd! - rozległ się czyjś głos, dochodzący zza długiego stołu. - Moja córka nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego.
  -Widziałyśmy to. - Tym razem Demi wkroczyła do akcji.
  -Ja również - z końca sali dobiegł mnie ten zachrypnięty głos. Znów. Dobra, fajnie że się przyłączył, chociaż po nim bym się tego nie spodziewała, ale to raczej nie była jego sprawa.
  Nagle po słowach Ross'a wybuchła wrzawa. Ludzie zaczęli głośno myśleć i przekrzykiwać się nawzajem. Gdzieś z tłumu przede mną wyłapałam zdanie: 'Jeśli syn burmistrza tak mówi, to tak musiało być'. Zdezorientowani członkowie Rady patrzyli na powstałe zamieszanie, dopóki Finnick nie uciszył wszystkich.
  -Cóż, nawet jeśli moja córka brała w tym udział, to nie możemy jej ukarać. W naszym miasteczku nie karzemy nieletnich ani dzieci - powiedział.
  Zaśmiałam się pod nosem i postanowiłam kontynuować moje małe tornado.
  -Jest pan pewien, panie Finnick? Mam panu przypomnieć sytuację sprzed paru lat, kiedy to jeszcze był pan doradcą poprzedniego burmistrza? - zakpiłam.
  -Nie, dosyć tego. Proszę stąd wyprowadzić pannę Moore. Przykro mi, nie będziemy rozmawiać o zdarzeniach z przeszłości po których nie ma śladu.
  Zaśmiałam się i nawet, gdy dwóch pomocników z pierwszego rzędu ruszyło ku mnie nie dałam się nastraszyć.
  -Nie trzeba, sama wyjdę - stwierdziłam, wstając i po chwili już nie było mnie w budynku.
  Siadłam na trawie na skraju lasu, licząc na to, że cokolwiek usłyszę lub zobaczę, ale byłam za daleko od budynku. Chciałam poczekać na Demi, więc wzięłam jakiś gruby patyk i wyjęłam scyzoryk, by pobawić się w struganie. Nie dane mi było długo posiedzieć w spokoju, gdyż usłyszałam trzask zamykanych drzwi i po chwili Ross znalazł się obok mnie na trawie. Nie wstałam ani nie zareagowałam. Nadal uparcie strugałam, mając nadzieję, że może jak go zignoruje to sobie pójdzie.
  Dobra, kogo ja oszukiwałam? Próbowałam tej metody tyle razy, że tym razem też na pewno by nie zadziałała. Dlaczego on się tak do mnie przyczepił?
  -Powiesz mi w końcu o co chodzi? - spytał cicho.
  Jedyną reakcją z mojej strony było zaprzestanie strugania. Nie podniosłam głowy ani nie odezwałam się, bo i tak nie miałam zamiaru mu powiedzieć. Zanim zdążyłam zaprotestować lub cokolwiek zrobić, Ross wziął ode mnie patyk i zaczął się nim bawić. Zerknęłam na niego, ale z jego twarzy nic nie dało się wyczytać. Zauważyłam jedynie, że miał śmiesznie jasne blond włosy, które opadały mu na czoło.
  -Dlaczego mi nie powiesz?
  -Nie mam do tego powodów. Poza tym ja chciałabym wiedzieć, dlaczego tak za mną łazisz - mruknęłam.
  -Może pobawimy się w pytanie za pytanie - zaśmiał się cicho.
  -W porządku, dlaczego chcesz wiedzieć? - westchnęłam po chwili milczenia.
  -Ten idiota tam jest moim ojcem - patykiem wskazał na budynek. - Chciałbym wiedzieć co takiego Ci zrobił, że nie chce o tym gadać. I nikt o tym nie wspomina.
  Czekajcie, czy on nazwał swojego ojca idiotą? Dobra, to się robi przerażające....
  -Czy to było złe? - spytał tak cicho, że ledwo rozumiałam słowa.
  Zaschło mi w gardle i nie wiedziałam co powiedzieć. Zastanawiałam się czy odpowiedzenie na to pytanie nie skłoni go do zadawania kolejnych. Postanowiłam zaryzykować i ledwo zauważalnie skinęłam głową.
  -Dlatego nie chcesz o tym mówić? - zapytał.
  Znów skinęłam głową. Wiedziałam. Pomyślałam, że za chwilę będzie wypytywał mnie o każdą minutę mojego życia.
  -W porządku, rozumiem że nie chcesz o tym gadać, ale.... - urwał na chwilę i wbił patyk w ziemię. - Zaśmiałaś się, gdy mój ojciec powiedział, że nie ma żadnych śladów. To nieprawda, tak?
  Zadał to pytanie takim niewinnym i nieśmiałym tonem, że miałam ochotę mu wszystko powiedzieć. Zdałam sobie jednak sprawę, że to nie był dobry pomysł, więc postanowiłam tylko podwinąć rękawy i pokazać mu to co widniało na moich ramionach. Rozszerzył oczy ze zdziwienia i chyba go zatkało, bo nie zadawał już więcej pytań. Po prostu wpatrywał się w blizny. I tak się wszystko zaczęło....



--------------------------------------4 135 words----------------------------------------
  Witajcie! Dodaję w końcu pierwszy rozdział na prośbę Pauliny sprzed tygodnia ;D Miałam go dodać kiedy indziej, ale stwierdziłam, że co tam. Anyway, rozdział z dedykacją dla Pauliny i dla Ani (@lovelylarreh), dziękuję Wam za wszystko <3 Mam nadzieję, że spodoba Wam się to, co piszę i będziecie tu częściej wpadać ;)

Jane xx

1 komentarz:

  1. Kiedy next czekam fajnie się zaczęło jestem ciekawa co powie Ross :)

    OdpowiedzUsuń